poniedziałek, 20 września 2010

35. gtwb (o lubieniu)

Co lubię w moim mieście? Zależy, w którym moim? - w tym, w którym mieszkam, czy w tym, które lubię.
Bo w tym, w którym mieszkam lubię gołębie.
Od pewnego czasu przeprowadzam nad nimi drobiazgowe eksperymenty parapetowe.



I jeszcze paru bonusowych gołębi uchwyconych w trakcie ostatnich obserwacji.


Nalot na parapet po dawkę "szczęśliwej papugi" (hapipapugi, jak mówi Aniołek; 1,30 zł w Tesco), potrawy zdecydowanie preferowanej przez obiekty poddawane eksperymentom.

W trakcie konsumpcji. (Proszę zwrócić uwagę na obiekt w dalszym planie, wycofanym na z góry upatrzone pozycje).

To parapetowy gangsta, skrajnie nietolerancyjny wobec współkonsumentów. 
Niestety, nie mogę sobie teraz przypomnieć jego ksywki (ma ją wytatuowaną na karku).

Jeden z obiektów sugeruje, że już nadszedł czas na eksperymenty, bo inaczej zaraz padnie z niedożywienia. Na szczęście, szyba w gabinecie doświadczalnym zazwyczaj jest na tyle brudna, iż mogę udawać, że nie zauważyłem tego typu sugestii.

Rudolf. Podwórkowy odmieniec (w tym roku pojawiło się zadziwiająco dużo rudawej młodzieży)

Batman.


sobota, 18 września 2010

Finał niezwykle długiej apokalipsy


Kilka dni temu zakończyła się apokalipsa nr 2012 na serku wolskim. Upłynęla pod hasłem: "zabawa, horror, wiedza". Bawiła, przerażała i uczyła przez całe lato przerażającymi dekoracjami z krepiny, przeraźliwymi potworami z masy papierowej, anonsem na desce o obecności "żywych robali i glizd" i straszliwą karuzelą, zbudowaną chyba w czasach świeżo po wynalezieniu koła.
Wróciła przerażać swoich rodaków na Ukrainie, bo tutejszym mieszkańcom pojęcie apokalipsa nie przypadło raczej do gustu.

Ale jak przy każdej apokalipsie także i tutaj były inspirujące fragmenty.
Niech zatem przemówi projekcja!
Konwicki! Szopen! Muzyka! Slajdy! Wuaalaa!

ZdjęcieZdjęcieZdjęcieZdjęcieZdjęcieZdjęcie
(kliknij, aby się przerazić)

Schodzenia wrześniowe


Wzorem warszawskiego pioniera w fotografii opadania tarczy - Stałego Rezydenta-Komentatora M. - zaprezentuję kilka chwyconych niedawnych aktywności.
Pierwsze schwytałem na podwórku, pozostałe w środę poczas autobusu na placu Bankowym i dalej w pieszo marszu. Fotografie autobusowe są robione zza szyby skąpanej w ludzkich ekskrementach, paznokciach, gilach, plwocinach etc. - czyli we wszystkich typowych śladach aktywności pasażera komunikacji miejskiej. W podróży obojętnych, ale przy zdjęciach mogących trochę utrudnić pełny 16-bitowy przekaz.


Wrzesień i październik to miesiące cechujące się najwyższą intensywnością wieczornych solaryzacji. Na Woli, spektakularne, wysokiej jakości zachody są stałą jej cechą niezależnie od pory roku i dnia. Słońce zachodzi tu codziennie, bezdźwięcznie, ekologicznie, w profesjonalnej palcie barw oraz w kierunku nie sprawiającym większych niespodzianek nawet nowowarszowiakom.

A oto pozostała wiązka przeźroczy o słońcu. Łala!

ZdjęcieZdjęcieZdjęcieZdjęcieZdjęcieZdjęcieZdjęcieZdjęcieZdjęcieZdjęcie
(ulżyj sobie - kliknij!)

Płockiej trylinki tralalalinki

Żeby kronikarstwa spod asfaltu stało się już dość, wyświetlę za moment kilka przeźroczy z niedawnego ździerania z ulicy Płockiej.
Niestety, kostka była tam obecna tylko fragmentarycznie i tylko w miejscach gdzie przebiega kanał. Cała nawierzchnia była zatrylinkowana. Zawsze jest to jakaś forma betonu, tyle, że zdecydowanie powojennego.

Vłala, slajdy!

ZdjęcieZdjęcieZdjęcieZdjęcieZdjęcieZdjęcie

Wolska asfaltem pięknieje


Piękno czarne, smoliste, na linii wschód - zachód.

Ulica Wolska Woli drogową wizytówką. Przedwojenny bruk został elegancko zrewitalizowny kolejną warstwą asfaltu i władze mogą teraz z czystym sumieniem rewitalizowć bruk na Chłodnej (o czym padnie niebawem doniesienie w Obserwatorze Lokalnym).

Powiem krótko: byczo było! szybko, fachowo i precycyjnie. Po remoncie Płockiej i płd. strony Wolskiej ekipa budowlańców polskiej firmy Bilfinger/Berger kolejny raz wykazała się niesamowitym kunsztem ździerania i wylewania asfaltu.

Już od rana ustawiały się kolejki blogerów, okolicznych szumowin i złomiarzy, aby w zachwycie patrzeć Bilfingerom-Bergerom na ręce.  Szczególnie dla tej ostatniej grupy gapiów były to dwa dni pełnej transfuzji zachwytu nie-do-uwierzenia. Choć od remontu ulicy minął zaledwie tydzień, wśród nich już krążą pieśni i legendy o dniach chwały warszawskiego złomiarza.

Na wielkie uznanie zasługuje rownież pięna polszczyzna, którą posługiwali się robotnicy w czasie pracy. Nie padło ani jedno nieestetyczne słowo! Za to można było usłyszeć: "Drogi kolego robotniku, podajże mi łaskawie kobiałkę młotów czternastofuntowych i aparat ułatwiający prace ziemne.." lub: "Do kroćset! Czyż miałbym już sposobić sągwie bitumicznej polewki?! Ależ koledzy robotnicy frezujący migiem się uwinęli! Jak tak dalej pójdzie, zdążymy na wieczorną partyjkę kanasta"..

Katering dla gapiących tradycyjnie zapewniał Gardło Sobie Podrzynam Dibbler, który wyjątkowo przeniósł się spod mostu gdańskiego, gdzie obsługiwał w kiełbaski patrzących w powódź. O oprawę muzyczną zatroszczył się sam Mistrz Eduardo spod św. Wojciecha, którego utwór organkowy z akompaniamentem Machiny Frezującej niebawem się tutaj pojawi.



Dla pełnego oglądu i wniknięcia w atmosferę zdarzeń wyświetlę obecnie przeźrocza. Włala!

ZdjęcieZdjęcieZdjęcieZdjęcieZdjęcieZdjęcieZdjęcieZdjęcieZdjęcieZdjęcieZdjęcieZdjęcieZdjęcieZdjęcieZdjęcie